Jazda koleją skraca czas jazdy pociągiem, jak głosił slogan w pewnej komedii. Otóż nie skraca. Wielokrotnie miałem "okazję" się o tym przekonać i zapewne przekonam ponownie. Normą jest opóźnienie. Podróż według rozkładu ma trwać 6,5 godziny. Rzadko kiedy tak jest. Trwa przeważnie 7 godzin. Ja mam szczęście, nie podążam dalej, nie wysiadam na ostatniej stacji. Pociąg jadący od miejscowości nad morzem, do Rzeszowa, jedzie 12 godzin. Pół doby! Jak można przez średniej wielkości kraj jechać pociągiem 12 godzin?! Współczułem współpasażerowi, który był w trakcie takiej podróży. Średnia prędkość to jakieś 50 km/h. Jadąc samochodem z taką prędkością ma się wrażenie, że to przecież nieco szybszy bieg, a nie jazda. Rowerem z górki można rozpędzić się do takiej szybkości. Czy PKP coś robi z takimi opóźnieniami? Nic a nic. Czy w jakiś sposób wynagradza pasażerowi jego stracony, cenny czas? Nie. Tymczasem opóźnienia powinny być karalne. Poza wyjątkami, gdy zdarzy się wypadek, ale to jest...