Gdy większość z
nas dorastała, nie było internetu, a telewizja miała tylko dwa programy,
które kończyły się około północy (w tym jeden zaczynał o 15:00). Wiele
się mówi, są jakieś demotywatory, grafiki mówiące o tym, że dane
pokolenie było ostatnim bawiącym się bez komputerów, ale wspólnie w
domach czy na dworze. Racja. Ale ja nie o tym. O tym, czym wtedy się
zajmowaliśmy, co nas fascynowało, czy na co akurat była moda. Oto kilka
takich wycinków z rzeczywistości połowy lat 80-tych:
a) Zaszczepki roślin. Tak. Była taka moda. Gdy zobaczyło się jakąś ciekawą roślinę, brało się zaszczepkę do domu i „uziemiało”. A to bluszcze, a to kaktusy (przez niektórych preferowane). Pamiętam, że było to całkiem pożyteczne hobby, ale nie trwało to chyba zbyt długo. Domy dzieciaków były jednak mocno zielone na parapetach.
b) Zbieranie znaczków – uprawiane przez niektórych. Trzeba było do tego jednak nieco finansów i cierpliwości. Nie znam wielu, którzy się tym parali. Ale jako siedmiolatek pamiętam, jak starszy kolega „jarał się” tym, że ma znaczki z gołymi babami. Były to jakieś reprodukcje aktów na oleju, nawet nie zdjęć. Ale cóż, wtedy trudno było o gołą babę…
c) Rybki. Bardzo fajne i wciągające hobby. Sam miałem akwarium. Bojowniki, molinezje, gupiki (co rozmnażały się jak króliki, podwodne króliki), mieczyki, skalary, sumy, kirysy, glonojady, danie (pręgowane i inne), neonówki. Kiedyś jak została mi sama jedna samica mieczyka, to z braku samców przeszła bezoperacyjną zmianę płci. Mieczyk samiec ma „miecz” wyrastający z płetwy ogonowej. Samica nie ma. Otóż tej samicy wyrósł taki właśnie miecz… Poradziła sobie z brakiem faceta – stała się facetem.
d) Inne zwierzątka. Do dziś praktykowane. Nigdy nie miałem chomika, ani innego futerka na mikrofon. Kumpel na jednego nadepnął (zgon), drugiego wciągnął w odkurzacz (zgon). Żółwie, papugi, żony, mężowie… i co tam jeszcze ludzie futerkowego i bez futerek w domach trzymają…
e) Zbieranie historyjek z gum. Oczywiście popularny Donald. Potem Turbo (każdy chłopak to lubił). Niestety plotka (nie potrzeba było mediów do tego) o tym, że Turno jest rakotwórcze, wykończyła na dobre powodzenie tej gumy. Ktoś może wznowi jej produkcję? Potem jakieś tematyczne, jak Alf. Nie pamiętam, czy było coś jeszcze.
f) Gra w hacele. Nie grałem prawie nigdy. Za mały byłem. Widziałem jak niektórzy starsi grali. Hacele – to takie śruby, jakie wkręca się w kopyto konia, aby przymocować podkowę. To konia nie boli, kopyto jest zrogowaciałe (uspokajam ekokolegów). Rozrzucało się hacele. Potem podrzucało jednego i w tym czasie należało szybko zebrać pozostałe i złapać tego spadającego. Potem coraz większe stopnie trudności, jak złapanie na wierzch dłoni, czy podrzucanie dwóch? Nie pamiętam. Może ktoś przypomni. Dobra gra, wyrabiająca refleks i zręczność. Zanim przyszedł Pegasus.
g) Gra w karty. Na przykład: poker; pan, zwany chujem; kuku; tysiąc. Spędzanie czasu razem, wkręcając się w świat nieszkodliwego hazardu. Raczej rozrywki umysłowej. Ale też i fizycznej. Np. przegrywający w kuku otrzymywał śledzie. Solone lub nie. Ich ilość też była uzależniona od symboli kart w zestawie kuku (trzy karty). Śledzie to bicie dwoma palcami złączonymi (wskazującym i środkowym) w wierzchnią część nadgarstka przegranego. Śledź solony – ślini się lekko palce przed uderzeniem. Zapewniam, bardziej boli.
h) Gra w słoneczko. To akurat żart z mojej strony. Ta gra weszła chyba po tym jak już minąłem swoje dzieciństwo. Nigdy nie brałem udział w słoneczku. I dobrze. Dlatego nie miałem chorób wenerycznych ;-)
i) Ciuciubabka – też wprowadzono bardziej „chłopięce” metody tej zabawy. Ano spotykaliśmy się u kogoś w domu. Delikwent miał zawiązaną przepaskę na oczach. Reszta poruszała się cicho, ale i starała się zajść „ociemniałego” gdzieś od tyłu i przysolić mu kopniaka czy plaskacza na dupę. Trzeba było uciec szybko, aby nie chwycił cię za łachy. Wtedy, trzeba było milczeć. Ten ociemniały miał jeszcze za zadanie zgadnąć kogo złapał. Jak zgadnął – odpadałeś z gry. Jak nie, mogłeś mu jeszcze przylutować z laczka w kuper…
j) Gra w butelkę. Wskutek tego, że nasze blokowe towarzystwo było męskie, nie graliśmy w tą grę. Nikt wtedy z nas nie słyszał o gejach. Mówiło się coś o pedałach, ale było to niejasne.
k) Gra w chowanego. Nie był to też zwykły chowany. Mieszkałem bowiem w 10-cio piętrowym wieżowcu. Otóż jeden liczył. Reszta rozbiegała się po klatce schodowej. Trzeba było dotrzeć do punktu. Szukający miał z zadanie ruszyć dupę z miejsca i wyłapywać. Reszta – i tu szkopuł – wykorzystywała do ucieczki i windy. Szukający mógł iść schodami, a tu go ktoś ubiegł poprzez windę. Nigdy nie wiedziało się, czy nadjeżdżająca winda to kolega, czy jakiś dorosły lokator i na którym piętrze ta winda się zatrzyma. Hałas był w całym wieżowcu, gdy biegaliśmy szybko po schodach.
l) Zabawy na zewnątrz. Moda na deskorolkę była. Ale też chodziło się po różnych haszczach, zachodziło się na budowy (po kable do procy haczykówki, karbid), siedziało się przed blokiem w letnie wieczory i wspólnie rozmawiało… Jak to ludzie… o niczym, ale miło i ciekawie…
m) Gra w kapsle. Potrzebne były: kapsle po oranżadzie czy piwie, plastelina, wycięte z atlasów flagi państw (lub zrobione własnoręcznie). Na chodnikach rysowało się trasy i pykało się w kapsle, kto pierwszy do mety, nie wychodząc przy każdym uderzeniu palcem poza narysowane linie… Ciekawe czy jest gra w kapsle na komputer? ;-)
Wniosek. Bardzo ciekawe słowo, to słowo „hobby”. Hobby to było więc hodowanie rybek, zbieranie historyjek z gum. Co jest dzisiaj takim hobby u dzieci w wieku 7-11 lat? Może ktoś zna, pamięta jeszcze jakieś wspólne formy spędzania czasu, gdy był dzieciakiem? Dopiszcie.
Jak tak myślę też o tym wszystkim, to chodziło przede wszystkim o wspólne spędzanie czasu. Razem. Jak teraz wychowują się dzieci? Nie wiem. Nie mam dzieci. Czy są takie wspólne pasje, spędzanie czasu, gdy bloki są pozamykane (kraty, zamknięte osiedla). Choć w sumie u mnie w wieżowcu to większość kumpli to byli mieszkańcy tego wieżowca. Więc zamykane osiedla nic by nie przeszkadzały. Teraz jednak jest mniej dzieci, rodziny są mniejsze. Ale myślę, że miałem bardzo fajne dzieciństwo. Kontakt, wspólny czas. Nie przez komunikatory, nie przez Internet czy telefon. Ale na żywo. Prosto w oczy. Tego bowiem nic nigdy nie zastąpi…
a) Zaszczepki roślin. Tak. Była taka moda. Gdy zobaczyło się jakąś ciekawą roślinę, brało się zaszczepkę do domu i „uziemiało”. A to bluszcze, a to kaktusy (przez niektórych preferowane). Pamiętam, że było to całkiem pożyteczne hobby, ale nie trwało to chyba zbyt długo. Domy dzieciaków były jednak mocno zielone na parapetach.
b) Zbieranie znaczków – uprawiane przez niektórych. Trzeba było do tego jednak nieco finansów i cierpliwości. Nie znam wielu, którzy się tym parali. Ale jako siedmiolatek pamiętam, jak starszy kolega „jarał się” tym, że ma znaczki z gołymi babami. Były to jakieś reprodukcje aktów na oleju, nawet nie zdjęć. Ale cóż, wtedy trudno było o gołą babę…
c) Rybki. Bardzo fajne i wciągające hobby. Sam miałem akwarium. Bojowniki, molinezje, gupiki (co rozmnażały się jak króliki, podwodne króliki), mieczyki, skalary, sumy, kirysy, glonojady, danie (pręgowane i inne), neonówki. Kiedyś jak została mi sama jedna samica mieczyka, to z braku samców przeszła bezoperacyjną zmianę płci. Mieczyk samiec ma „miecz” wyrastający z płetwy ogonowej. Samica nie ma. Otóż tej samicy wyrósł taki właśnie miecz… Poradziła sobie z brakiem faceta – stała się facetem.
d) Inne zwierzątka. Do dziś praktykowane. Nigdy nie miałem chomika, ani innego futerka na mikrofon. Kumpel na jednego nadepnął (zgon), drugiego wciągnął w odkurzacz (zgon). Żółwie, papugi, żony, mężowie… i co tam jeszcze ludzie futerkowego i bez futerek w domach trzymają…
e) Zbieranie historyjek z gum. Oczywiście popularny Donald. Potem Turbo (każdy chłopak to lubił). Niestety plotka (nie potrzeba było mediów do tego) o tym, że Turno jest rakotwórcze, wykończyła na dobre powodzenie tej gumy. Ktoś może wznowi jej produkcję? Potem jakieś tematyczne, jak Alf. Nie pamiętam, czy było coś jeszcze.
f) Gra w hacele. Nie grałem prawie nigdy. Za mały byłem. Widziałem jak niektórzy starsi grali. Hacele – to takie śruby, jakie wkręca się w kopyto konia, aby przymocować podkowę. To konia nie boli, kopyto jest zrogowaciałe (uspokajam ekokolegów). Rozrzucało się hacele. Potem podrzucało jednego i w tym czasie należało szybko zebrać pozostałe i złapać tego spadającego. Potem coraz większe stopnie trudności, jak złapanie na wierzch dłoni, czy podrzucanie dwóch? Nie pamiętam. Może ktoś przypomni. Dobra gra, wyrabiająca refleks i zręczność. Zanim przyszedł Pegasus.
g) Gra w karty. Na przykład: poker; pan, zwany chujem; kuku; tysiąc. Spędzanie czasu razem, wkręcając się w świat nieszkodliwego hazardu. Raczej rozrywki umysłowej. Ale też i fizycznej. Np. przegrywający w kuku otrzymywał śledzie. Solone lub nie. Ich ilość też była uzależniona od symboli kart w zestawie kuku (trzy karty). Śledzie to bicie dwoma palcami złączonymi (wskazującym i środkowym) w wierzchnią część nadgarstka przegranego. Śledź solony – ślini się lekko palce przed uderzeniem. Zapewniam, bardziej boli.
h) Gra w słoneczko. To akurat żart z mojej strony. Ta gra weszła chyba po tym jak już minąłem swoje dzieciństwo. Nigdy nie brałem udział w słoneczku. I dobrze. Dlatego nie miałem chorób wenerycznych ;-)
i) Ciuciubabka – też wprowadzono bardziej „chłopięce” metody tej zabawy. Ano spotykaliśmy się u kogoś w domu. Delikwent miał zawiązaną przepaskę na oczach. Reszta poruszała się cicho, ale i starała się zajść „ociemniałego” gdzieś od tyłu i przysolić mu kopniaka czy plaskacza na dupę. Trzeba było uciec szybko, aby nie chwycił cię za łachy. Wtedy, trzeba było milczeć. Ten ociemniały miał jeszcze za zadanie zgadnąć kogo złapał. Jak zgadnął – odpadałeś z gry. Jak nie, mogłeś mu jeszcze przylutować z laczka w kuper…
j) Gra w butelkę. Wskutek tego, że nasze blokowe towarzystwo było męskie, nie graliśmy w tą grę. Nikt wtedy z nas nie słyszał o gejach. Mówiło się coś o pedałach, ale było to niejasne.
k) Gra w chowanego. Nie był to też zwykły chowany. Mieszkałem bowiem w 10-cio piętrowym wieżowcu. Otóż jeden liczył. Reszta rozbiegała się po klatce schodowej. Trzeba było dotrzeć do punktu. Szukający miał z zadanie ruszyć dupę z miejsca i wyłapywać. Reszta – i tu szkopuł – wykorzystywała do ucieczki i windy. Szukający mógł iść schodami, a tu go ktoś ubiegł poprzez windę. Nigdy nie wiedziało się, czy nadjeżdżająca winda to kolega, czy jakiś dorosły lokator i na którym piętrze ta winda się zatrzyma. Hałas był w całym wieżowcu, gdy biegaliśmy szybko po schodach.
l) Zabawy na zewnątrz. Moda na deskorolkę była. Ale też chodziło się po różnych haszczach, zachodziło się na budowy (po kable do procy haczykówki, karbid), siedziało się przed blokiem w letnie wieczory i wspólnie rozmawiało… Jak to ludzie… o niczym, ale miło i ciekawie…
m) Gra w kapsle. Potrzebne były: kapsle po oranżadzie czy piwie, plastelina, wycięte z atlasów flagi państw (lub zrobione własnoręcznie). Na chodnikach rysowało się trasy i pykało się w kapsle, kto pierwszy do mety, nie wychodząc przy każdym uderzeniu palcem poza narysowane linie… Ciekawe czy jest gra w kapsle na komputer? ;-)
Wniosek. Bardzo ciekawe słowo, to słowo „hobby”. Hobby to było więc hodowanie rybek, zbieranie historyjek z gum. Co jest dzisiaj takim hobby u dzieci w wieku 7-11 lat? Może ktoś zna, pamięta jeszcze jakieś wspólne formy spędzania czasu, gdy był dzieciakiem? Dopiszcie.
Jak tak myślę też o tym wszystkim, to chodziło przede wszystkim o wspólne spędzanie czasu. Razem. Jak teraz wychowują się dzieci? Nie wiem. Nie mam dzieci. Czy są takie wspólne pasje, spędzanie czasu, gdy bloki są pozamykane (kraty, zamknięte osiedla). Choć w sumie u mnie w wieżowcu to większość kumpli to byli mieszkańcy tego wieżowca. Więc zamykane osiedla nic by nie przeszkadzały. Teraz jednak jest mniej dzieci, rodziny są mniejsze. Ale myślę, że miałem bardzo fajne dzieciństwo. Kontakt, wspólny czas. Nie przez komunikatory, nie przez Internet czy telefon. Ale na żywo. Prosto w oczy. Tego bowiem nic nigdy nie zastąpi…
Komentarze
Prześlij komentarz