To pytanie, które zadają sobie co niektórzy. Kieślowski sam wobec siebie nie umiał na to pytanie odpowiedzieć.
To, przez co określamy siebie, zależy też od wielu czynników. I znów wracamy do dzieciństwa. Tym razem Steve'a Jobsa. Nigdy jakoś nie robił na mnie szczególnego wrażenia, ale wielu go podziwia i kupuje "jego" produkty. Otóż on znalazł się w dzieciństwie w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Został - zdaje się - adoptowany. Potem znów odesłany do matki biologicznej, potem znów do innej rodziny adopcyjnej chyba. Nie pamiętam szczegółów. Nie o nie chodzi. W okresie, w którym miało kształtować się poczucie jego bezpieczeństwa, nie zaznał go wcale. Nie zaznał miłości. Niczego, co mogło sprawić, że miałby poczucie siebie wartościowego, samego w sobie. Wytworzony więc mechanizm przekuty został na chęć udowadniania sobie i światu, że jest coś wart. To częsta cecha osób, które osiągają ogromny sukces. Okupiony jest ciężką przeszłością. To, kim był, musiał stale udowadniać przez działanie. Nie mógł przestać. To decydowało o jego "ja". Takie dążenie oczywiście imponowało wielu. Konstruowanie siebie było poprzez nastawienie na cel, ambicję. Nie nauczony miłości, nie bardzo potrafił ją dać swojej córce. To owa "praca" była podstawą jego egzystencji. Jego braki przekute w osiąganie podziwu przez ludzi i tworzenia tego, co akurat tworzył, pozwalały mu na poczucie, że kimś jest, ale nie niwelowały braków. To było nadal bardzo kruche i także krzywdziło jego córkę. Jego budowanie siebie demolowało życie dziecka, które potrzebowało miłości. Nie tylko dziecka, ponieważ przecież dorastająca i dorosła kobieta musiała zmagać się z tym samym/podobnym/lub czymś więcej czego zaznał jej ojciec. W filmie jest zdaje się scena, gdy spotykają się i następuje taki hollywodzki, płytki przełom. Wiadomo, że to zespolenie to nie był koniec i happy end. Ale początek dalszej, bolesnej drogi. Dla jego córki oczywiście.
To, przez co określamy siebie, zależy też od wielu czynników. I znów wracamy do dzieciństwa. Tym razem Steve'a Jobsa. Nigdy jakoś nie robił na mnie szczególnego wrażenia, ale wielu go podziwia i kupuje "jego" produkty. Otóż on znalazł się w dzieciństwie w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Został - zdaje się - adoptowany. Potem znów odesłany do matki biologicznej, potem znów do innej rodziny adopcyjnej chyba. Nie pamiętam szczegółów. Nie o nie chodzi. W okresie, w którym miało kształtować się poczucie jego bezpieczeństwa, nie zaznał go wcale. Nie zaznał miłości. Niczego, co mogło sprawić, że miałby poczucie siebie wartościowego, samego w sobie. Wytworzony więc mechanizm przekuty został na chęć udowadniania sobie i światu, że jest coś wart. To częsta cecha osób, które osiągają ogromny sukces. Okupiony jest ciężką przeszłością. To, kim był, musiał stale udowadniać przez działanie. Nie mógł przestać. To decydowało o jego "ja". Takie dążenie oczywiście imponowało wielu. Konstruowanie siebie było poprzez nastawienie na cel, ambicję. Nie nauczony miłości, nie bardzo potrafił ją dać swojej córce. To owa "praca" była podstawą jego egzystencji. Jego braki przekute w osiąganie podziwu przez ludzi i tworzenia tego, co akurat tworzył, pozwalały mu na poczucie, że kimś jest, ale nie niwelowały braków. To było nadal bardzo kruche i także krzywdziło jego córkę. Jego budowanie siebie demolowało życie dziecka, które potrzebowało miłości. Nie tylko dziecka, ponieważ przecież dorastająca i dorosła kobieta musiała zmagać się z tym samym/podobnym/lub czymś więcej czego zaznał jej ojciec. W filmie jest zdaje się scena, gdy spotykają się i następuje taki hollywodzki, płytki przełom. Wiadomo, że to zespolenie to nie był koniec i happy end. Ale początek dalszej, bolesnej drogi. Dla jego córki oczywiście.
Komentarze
Prześlij komentarz